czwartek, 19 września 2013

*10*



*10*



Jo wyszła z domu Jus'a. Na zewnątrz było chłodno, dało się wyczuć październik. Dostała gęsiej skórki. Było jej cholernie zimno. Nie chciała okłamywać chłopaka. Ogarnął ją nagły smutek. Zależało jej na nim. Wiedziała, że niedługo i tak wszystko się rypnie. Przez nią. I jej ćpanie. Założyła na głowę kaptur. Źle się czuła, chciała to wszystko skończyć.


Justin w tym czasie wszedł do kuchni. Była tam Azylis, płakała. Jego humor automatycznie się zepsuł. Nie lubił patrzeć na macochę w takim stanie. Nie wiedział nawet co się dzieje, skad jej łzy. Kiedy Az go zauważyła szybko otarła oczy i uśmiechnęła się. Udał, że nic nie widział. Było mu głupio. Zapytał ją, kiedy obiad. Próbował być jak najbardziej naturalny i spontaniczny.
-Za pół godziny. - pociągnęła nosem. - Przepraszam, łapie mnie jakieś przeziębienie. - Jej opuchnięte od płaczu oczy zdradzały ją. Jus uśmiechnął się i skinął głową. Chciał udać się do pokoju, ale kobieta go zatrzymała.
-Mógłbyś coś dla mnie zrobić?
-Tak? Co takiego?
-Podwieziesz mnie do szpitala? Kończą mi się leki. Musze jechać do lekarza na wizyte i po recepte.
-No jasne, nie ma sprawy. Kiedy?
-Najlepiej po obiedzie, zanim Braun wróci.
-Dlaczego tak?
-Ostatnio trochę się kłócimy. Wolałabym jechać z kimś innym.
-Unikasz go...
-Tak, można to tak nazwać. - Azylis nawet nie próbowała ukryć faktu, że za wszelką cenę nie chce spotkać Brauna.
-No, nie odmówie przecież. Pojedziemy razem.
-Super. - uśmiechnęła się, chyba pierwszy raz szczerze.
Po obiedzie, Justin i Azylis pojechali do Szpitala św. Piotra. Chłopak zaparkował i wyszedł razem z macochą, trzaskając drzwiami auta.
-A ty dokąd?
-Poczekam za tobą w środku.
Weszli do dużego budynku, gdzie kobieta udała się do recepcji. Pokazała Jus'owi gdzie jest gabinet i zniknęła w jego drzwiach.  Justin rozejrzał się troche po korytarzu i usiadł w końcu w poczekalni. Nagle zauważył znajomą twarz, Ele. Matke Cassie. Wstał i szybkim krokiem poszedł za oddalającą się kobietą. Zaczął biec, może wreszcie dowie się co z jego przyjaciółką?
-A Pan dokąd? To skrzydło wyłącznie dla pacjentów, odwiedzających lub rodziny. Szuka Pan kogoś?
-Nie... Chyba coś mi się przewidziało.
-Może Pan wrócić do poczekalni?
-Tak, już ide. Przepraszam za kłopot.
Pielęgniarka wyglądała nieufnie. Odwróciła się i zniknęła za ścianą. Godzinę później z gabinetu wyszła macocha Justin'a. Wyglądała na odmienioną. Na jej ustach gościł uśmiech. Śladu po łzach nie było widać. W ręku trzymała torebkę i receptę. Wyszli ze szpitala i udali się do domu, najpierw wstępując do apteki po potrzebne rzeczy. Kiedy wrócili chłopak był zmęczony. Miał ochotę położyć się do łóżka i spać. Tak też zrobił.
Obudził się kolejnego dnia.
-Kurwa... - zaklął. Wstał i poszedł wziąć prysznic. W szkole wypadałoby jakoś wyglądać. Może wróci  Cass? Z tą myślą ogarnął siebie, lekcje i pojechał motorem do szkoły. Zawiódł się. Kolejny dzień nie było w szkole przyjaciółki. Dni bez jej uśmiechu wydawały mu się strasznie szare i nudne.


Przez kilka kolejnych dni nic się nie zmieniało. Juz spotykał się z Jo, która także wydawała się smutna i zamknięta w sobie, zdawało mu się, że dziewczyna chce coś przed nim ukryć. Jej twarz wyglądała tak samo, ale spojrzenie gasło. Coraz mniej mówiła i unikała spotkań. Lizzie stawała się agresywna. Azylis nie potrafiąc sobie poradzić z dziewczyną płakała i łykała więcej tabletek niż powinna. Także z Braunem coraz mniej rozmawiała. Ojciec nie przejmował się tym, co działo się w domu. Mimo wszystko macocha wyglądała dobrze. Częściej była w dobrym humorze, zaczęła także wychodzić wieczorami z domu. Próbowała rozmawiać z Lizz, ale bez rezultatów. Dziewczyna odzywkami odbierała jej humor, więc zrezygnowała z prób nawiązania kontaktu. Chociaż nie bardzo jej to pasowało. Bardzo kochała Lizzie.


Justin przeżył szok widząc Cassie w szkole. Szybko do niej podbiegł i przytulił ją. Dziewczyna jednak była zimna. Dużo schudła, nie miała makijażu, była ubrana w golf, a włosy związała w kitkę. Nie wyglądała dobrze. Jus chciał jej oddać całe swoje ciepło, którym kiedyś emitowała ona.
-Gdzieś ty była, Cass?! Byłem u Ciebie, dzwoniłem, pisałem, martwiłem się cholernie!
 -Nic takiego. Wszystko jest w porządku. - odpowiedziała mu oschle. Jus odsunął się i spojrzał jej w oczy.
-Nic takiego? Ty chyba nie wiesz, co mówisz.
-Wiem, doskonale wiem co mówie. - uśmiechnęła się. - Nic, o czym powinieneś wiedzieć się nie wydarzyło.
-O czym powinienem wiedzieć? Nie rozumiem Cię, Cassie, powiedz, gdzie byłaś? Dlaczego nie chodziłaś do szkoły?
-Nie powiem Ci, zapomnij o mnie. Dobrze? - Cass zwiesiła głowe i próbowała odejść. Justin złapał jej ręke, był od niej dużo silniejszy.
-Jak to zapomnij? O czym ty mówisz?! Nic nie rozumiem...
-Normalnie! Nie chce już się z Tobą przyjaźnić. Tylko tyle mam ci do powiedzenia.
-Nie widze sensu! Skąd taka decyzja do chuja!? Zależy mi na Tobie!
-Kurwa, nie denerwuj mnie! Zależy Ci?! Na mnie?! Przecież miałeś mnie w dupie przez ostatnie tygodnie! Zabawiałeś się z Jo! Nie obchodzę Cię! Nie ma już dla mnie miejsca w twoim życiu! Nie chce się czuć, do chuja, jak piąte koło u wozu, rozumiesz?! - ostatnie słowa wykrzyczała, oczy jej się zaszkliły. Justin po usłyszeniu tych słów kompletnie osłupiał. Nie wiedział co wstąpiło w Cass. Ogarnął go strach przed utratą dziewczyny.
-Nie chce cie tracić. Te ostatnie tygodnie były już mega straszne i puste bez ciebie. - powiedział cicho.
-Nie wiesz co ja czuje. Nie bądź egoistą. Daj mi żyć normalnie.
-A nie możesz ze mną?
-Nie. Zrozum, jeżeli chcesz bym była szczęśliwa, zostaw mnie w spokoju. Nie pisz do mnie, nie mów do mnie, nie patrz na mnie, nie mów mi cześć, nie znaj mnie.
-Gadasz głupoty, powiedz, że żartujesz. - Jus szeptał, był załamany.
-Nie, nie żartuje, chce to skończyć. Najwyższy czas. Byłam głupia, ze nie zrobiłam tego wcześniej... Zanim...
-Zanim co? Doszło pomiędzy nami do czegoś?
-Do czegoś? Jesteś beznadziejny. Zostaw mnie już. Wcale nie o to mi chodzi. Nie chce mieć z tobą nic wspólnego. Z tobą i Jo! - powiedziała, a po policzku popłynęła jej łza. Jus nie wiedział co robić, dziewczyna uciekła. Wpadł w dołek, pobiegł za dziewczyną i desperackim ruchem złapał ją za rękę. Szarpnęła się, a jej rękaw poszedł do góry. Chłopak zauważył ślady na wewnętrznej stronie jej ręki. Blizny, nie do końca zagojone. Nagle wszystko zrozumiał.
-Cassie, coś ty zrobiła...


*



Kolejny, już 10 rozdział za nami. Dużo się wydarzyło, a jeszcze wiecej wydarzy! :) Głosujcie w ankiecie, piszcie na gadu, obserwujcie na Twitterze.
GG -46319932 :) /K&S

7 komentarzy:

  1. OMG... Kocham to jeszcze bardziej!!!! ♥
    Wątek z okaleczaniem się ♥ po prostu kocham ♥♥♥♥!! Mam nadzieje że będzie więcej tego :D
    Czekam na nn :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Głupia Jo, nie lubie jej. Jezu niech on da sobie z nią spokój. Owh, w końcu Cassie :)

    OdpowiedzUsuń
  3. SERIO NIE CHCE SIE WTRĄCAĆ BO TO WASZE OPOWIADANIE ALE TAK JAK PISALAM W POPRZEDNIM TEZ BYLOBY DOBRZE ALE OI TAK OPOWIADANIE JEST SWIETNE . NIE MOGE SIE DOCZEKAĆ NASTĘPNEGO : - )

    OdpowiedzUsuń
  4. Gówno cie to obchodzi Justin to przez ciebie dupku Cassie zrobiła sobie krzywde!:(( jezu kocham to, nie moge sie doczekać kolejnego

    OdpowiedzUsuń
  5. Omgr uwielbiam to! <3

    OdpowiedzUsuń
  6. Jak mogłyście skończyć w takim momencie?! Piszcie dalej!! <3 ;*

    OdpowiedzUsuń